Jestem Magda Dąbrowska-Wcisło i od lat siedzę w kosmetykach – najpierw w dystrybucji, dziś także prowadzę własną markę Serie Beauty. I przez te lata zauważyłam jedną rzecz: półki uginają się od zapachów, które pachną jak deser. Pistacja. Wiśnia. Wanilia z karmelem. Ładnie? Często tak. Ale to nie wszystko, co perfumy potrafią.
Dlatego zaczęłam dzielić zapachy na dwie kategorie: mononuty i perfumy perfumeryjne. Tej drugiej nazwy nie znajdziesz w podręczniku – wymyśliłam ją sama, bo żadna inna nie oddawała tego, o co mi chodzi.
Mononuta – zapach jednego zdania
Mononuta to zapach zbudowany wokół jednego, wyraźnego składnika. Psikasz i od razu wiesz: to wiśnia. Godzinę później – nadal wiśnia, tylko cichsza.
Nie mam nic przeciwko mononutom. Są proste, przewidywalne, łatwo je polubić od pierwszego psiknięcia. Świetnie sprawdzają się do layeringu i jako zapach „na luzie”. Ale mają jedną wadę: nie opowiadają historii. To jedno zdanie, powtarzane w kółko.
Perfumy perfumeryjne – zapach, który się zmienia
Perfumy perfumeryjne to złożone kompozycje. Takie, przy których perfumiarz naprawdę pracował jak kompozytor: zestawiał nuty, które się kłócą i godzą, budował napięcie, zostawiał coś na koniec.
Co je wyróżnia?
Piramida zapachowa, którą czuć. Najpierw nuty głowy – świeże, jasne, szybko ulatują. Potem serce – właściwy charakter zapachu. Na końcu baza – drewno, żywice, ambra, piżmo – która zostaje na skórze i na szaliku do następnego dnia.
Zapach żyje na skórze. Po 10 minutach pachnie inaczej niż po psiknięciu, a wieczorem jeszcze inaczej. Na Tobie pachnie inaczej niż na mnie.
Nie da się go opisać jednym słowem. Zapytana „czym to pachnie?” zaczynasz od „hmm…”. I to jest najlepszy komplement dla perfum.
Głębia zamiast efektu „wow” po pierwszej sekundzie. Perfumy perfumeryjne czasem trzeba ponosić kilka dni, żeby je zrozumieć. A potem nie chcesz już innych.
„Perfumey” – słowo, którego brakowało w polskim
W anglojęzycznym świecie perfum funkcjonuje słówko perfumey. Dosłownie: „perfumowy”, „pachnący jak perfumy”. Nie mówi o konkretnej nucie, tylko o charakterze zapachu – takim, który od razu kojarzy się z klasyczną perfumerią, a nie z owocem, deserem czy płynem do prania. Na forach zapachowych pada najczęściej przy aldehydach, bukietach kwiatowych i klasykach w stylu Chanel No 5. Dla jednych to komplement, dla innych przytyk – „pachnie jak perfumy cioci”. A dla mnie? To dokładnie to, co nazywam perfumami perfumeryjnymi. Zapach, który nie udaje jedzenia ani żelu pod prysznic, tylko z dumą pachnie… perfumami. Złożony, elegancki, z charakterem. W polskim nie mieliśmy na to słowa, więc stworzyłam własne.
Trochę historii: skąd w ogóle złożone kompozycje?
Przez wieki perfumy to były głównie proste wody: róża, lawenda, cytrusy – czyli, mówiąc dzisiejszym językiem, mononuty. Przełom przyszedł pod koniec XIX wieku, kiedy chemia dała perfumiarzom nowe molekuły. Nagle można było stworzyć zapach czegoś, co w naturze nie pachnie – jak słynna paproć w kategorii fougère – i łączyć składniki w abstrakcyjne akordy.
Tak narodziło się nowoczesne perfumiarstwo: zapach przestał kopiować jeden kwiat, a zaczął być kompozycją. Właśnie ten duch nazywam „perfumeryjnym”.
Na koniec
Mononuta czy perfumy perfumeryjne? Oba wybory są tak samo w porządku. Nie ma lepszego i gorszego gustu – jest tylko Twój. Jeśli kochasz pistację, noś pistację. Nie bądź snobem, bądź sobą.
Ale zapachy bardzo trudno opisać. Brakuje nam słów, więc mówimy „ładny”, „słodki”, „ciężki” i wciąż czujemy, że to nie to. Dlatego tak lubię słowo perfumey i jego polską wersję – „perfumeryjne”. Dzięki niemu mogę w końcu powiedzieć, czym jest Serie Beauty: to perfumy, które pachną jak prawdziwe perfumy. Złożone, wielowarstwowe, zmieniające się na skórze – a nie jedna nuta powtarzana w kółko.
mag.

